|
|
|
|
|
Self Made Bomb? Nie znam, ale niech będzie, że chcę poznać. Tak mniej więcej brzmiała moja odpowiedź na pytanie panów, czy byśmy nie zrecenzowali. Oczywiście odpowiedź ta zaiskrzyła i zgasła wyłącznie w mojej głowie. Powiem szczerze, podchodziłem od początku dość sceptycznie do krążką, którego jeszcze nie miałem. Co można robić w 18 tysięcznej miejscowości która nazywa się Łask i pewnie mało kto o niej słyszał? Napierdalać całkiem dobrą muzykę. I to właśnie robi Self Made Bomb. Mój początkowy sceptycyzm („ee z taką nazwą to pewnie jakieś hace, którego nie lubię”) uleciał wraz ze pierwszymi taktami ”Give me chance”. Co to mamy Szatanie kochany?. Po prostu zdrowe gitarowe łojenie i kopanie słowem po twarzy słuchacza. Co ważniejsze granie z pomysłem, a nie bezmyślnie napieprzanie w instrumenta. Oczywiście mamy nawiązania do cora, czy innego hace. Choćby „skowerovanie”, niejakiego The Corpse, w którym jak mnie pamięć nie myli, poginał gitarzysta Self Made Bomb, czyli „Jakób” (tak panowie może takiej muzyki nie słucham, ale niektóre nazwy znam” ;] ). Muzycy zespołu Self Made Bomb swoją muzykę określają jak crossover. Ok. Dla mnie mogłoby się to nazywać nawet vegetarian extreme hardcore, ważne że jest dobre. Kolejną zaletą jest szybkość tej płyty. 11 utworów, wszystkie poza jednym o długości poniżej trzech minut, powodują to, że człowiek nie ma kiedy się znudzić,ani tak naprawdę dobrze usiąść na tyłku. Do tego zaryzykuję stwierdzenie, że jest to muzyka radiowa. Już się tłumaczę, zanim poleci pierwszy kamień. Radiowa w sensie, wchodząca w ucho, łatwa do zapamiętania. Już po pierwszym przesłuchaniu łapałem poszczególne kawałki. I o to chodzi i o to chodzi. Reasumując, chwytliwa płyta z mnóstwem dobrych riffów i dobrych nawiązań (nie wiedziałem, że żyją jeszcze ludzie którzy kojarzą D.R.I. ), skondesowanych w 11 muzycznych killerach. Give me Chance? No to ją macie. Ef źródło: http://chaosvault.com
Self Made Bomb to polska załoga, której nagrania zmiotą Was z podłogi o co najmniej parę metrów dalej. Wydany przez zespół własnym sumptem krążek "Give Me Chance" nie pozostawia wątpliwości, że panowie potrafią grać - mają w sobie ogromną energię i do tego świetne pomysły. Zawartość płyty to jedenaście krótkich, bo najwyżej trzyminutowych kawałków. Jedenaście pocisków dźwiękowych, które trafiają prosto w twarz, i potem do środka głowy. Tutaj nie ma zmiłuj. Od pierwszego do ostatniego dźwięku grupa pędzi w oszalałym tempie. Jest bunt ("Where’s The Truth"), atak drapieżnych riffów ("Give Me Chance") i doskonałe wykonanie (wszystkie kawałki). Angielskie teksty traktują o alienacji jednostki w społeczeństwie i walce o własne prawa. A jako bonus na krążku dostajemy cover utworu "Terror" legendarnej kapeli The Corpse. Przyznam się, że na co dzień nie
słucham dużo takiej muzyki - nazwijcie to, jak chcecie: hardcore, crossover itd.
Ale Self Made Bomb trafili do mnie szczerością i
zaangażowaniem, które dobitnie i bardzo wyraźnie słychać w nagraniach. Takich
kapel szukać ze świecą, bo to, co tworzą: Paweł "Bullage", Mariusz "Jakób",
Maciek i Grzesiek "Zielu" - to esencja gitarowego czadu. To prawdziwe granie bez
mizdrzenia się do publiczności i strojenia min do Koniecznie warto sięgnąć po ten krążek i bliżej poznać zespół (płyta dostępna jest na stronie internetowej www.selfmadebomb.pl). Jeżeli ktoś da tej kapeli szansę wypłynięcia na szerokie zachodnie wody, to jestem pewny, że Self Made Bomb bez problemu namieszają na europejskiej, a nawet światowej scenie niezależnej. Czego im naprawdę życzę. Tomasz Hajduk źródło: http://www.magazyngitarzysta.pl
Jako wierny kibic Rodziny Radia Maryja zacznę od samobiczowania. Od zespołu Self Made Bomb powinienem dostać dwukrotnie w ryja. Pierwszy raz za cholerne opóźnienie w pisaniu o ich debiutanckim dziele „Give Me Chance”. Chłopaki z łaskiej grupy zdążyli już być w telewizji, udzielić się na zaprzyjaźnionym z nami forum ZSA i kto wie gdzie tam jeszcze, a na Zacierze (no, prócz ujęcia w płytach miesiąca) cisza. Kolejne smagnięcie po nerach dla niżej podpisanego chama należy się (a co, przyznam się) za fakt, że w dniu ich ostatniego koncertu w Kaliszu bawiłem w tym mieście, ale wybrać się na ich występ mi się nie udało. Nie powiem dlaczego, bo się wszyscy będą śmiali bardziej niż z Fela w reklamie kredytu mieszkaniowego, a na chuj mi to, hehe. Trzeci raz się nie podłożę i nie dość, że w końcu piszę, to jeszcze dobrze. Nie dlatego, że boję się drobnego biczowanka (mamo nie czytaj!). A dlatego, że debiut SMB to kawał szczerej, krwistej muzy. Oryginalnej biorąc pod uwagę nie tylko nasze lokalne poletko. I z tekstami, które dają do myślenia. Bomba Domowej Roboty pierdolnęła i to jak! We wspomnianym telewizyjnym wywiadzie, który jest zresztą do obejrzenia na stronie Self Made Bomb (www.selfmadebomb.neostrada.pl) prowadzący z przymrużeniem oka zapytał muzyków, czy nie myślą o nagraniu akustycznej piosenki o miłości. Dostał odpowiedź, że takie utwory SMB już gra. Dokładniej mówiąc, piosenki o miłości… do pieniądza. Riposta celna i trafna. Trudno, żeby taka formacja zajmowała się pierdołami. Wystarczy spojrzeć na tytuły śpiewanych po angielsku utworów zawartych na „Give Me Chance”. Gdzie jest prawda, Świat kłamstw, Prawa człowieka, Narastający ból – to tylko kilka przykładów. „Nikt z was nie jest moim przyjacielem, dla nikogo z was nie ma miejsca w moim sercu, wasze głupie twarze przyprawiają mnie o mdłości, bo ja naprawdę was wszystkich nienawidzę” – deklaruje SMB w tym ostatnim. Trochę prawdy o naszych durnych nikomu nie zaszkodziło, więc warto posłuchać paru cierpkich słów. Zespół zresztą zadbał o to w dwójnasób. Bo do płyty dołączona jest starannie wykonana okładka z zawartymi na niej tekstami, gdyby tych wykrzyczanych nie udało się do końca wyłapać. Sama muzyka łaskiej grupy działającej od 2004 roku, jak określają ją sami selomadebombowcy, to mieszanka różnych odmian hard core i nowoczesnego metalu. W skrócie mówiąc to crossover spod znaku takich zasłużonych kapel jak Suicidal Tendencies, D.R.I. czy Agnostic Front. Wzory jak widać jak najbardziej słuszne, co nie znaczy, że SMB zabawiło się w kopiarkę. Daj Bozia każdemu, żeby potrafił tak jak oni przyłoić i to po swojemu. Oryginalnie jest także za sprawą ostatniego z umieszczonych na płycie kawałków „Terror”. To jedyny śpiewany po polsku utwór, który niegdyś wykonywała legendarna, do tego powstała tuż pod naszym bokiem, bo w Kolumnie formacja The Corpse. Cudowny hołd, bo sentymentalny (w The Corpse udzielał się Mariusz „Jakób” Jakóbczak, obecny gitarzysta i wokalista SMB) i zrobiony z rozmachem (do „chórków” zaproszono muzyków z innych hardcorowych formacji SKTC i Od Jutra). Płytę Self Made Bomb można kupić za pośrednictwem chociażby ich internetowej strony. Z okładki wyziera solidna piącha. Jakby muzycy wiedzieli, co mi się należy. Zdążyłem. Po ryju dała mi tylko muzyka. Paweł źródło: http://zacier.pl
Płyta świeżo podesłana do
redakcji, choć nie koniecznie świeżo wydana. "Give me chance" to materiał już z
prawie dwuletnim stażem. Okładka nieco mnie zniechęciła, bo odnoszę wrażenie, że
częstotliwość występowania pięści na okładkach okołohardcore'owych jest podobna
do ilości kozłów i pentasów na okładkach metalowych. Ale oczywiście nie obrazek
się liczy, a to co się za nim kryje. Maciek Rojewski źródło: http://www.metalmundus.pl Kiedy zobaczyłem okładkę zdobiącą album Self-Made Bomb lekko
się przeraziłem. Skojarzenia narzuciły się z miejsca - Metallica "St. Anger" i
Sepultura "Nation". Znając zawartość tamtych albumów, które delikatnie mówiąc
nie wstrząsnęły mną, obawiałem się najgorszego. Ale Sepa i Metallica to uznane
legendy sceny thrash'owej, a SMB to nowicjusze, więc z miejsca wszelkie
negatywnie oddziaływujące skojarzenia odstawiłem na bok i zająłem się
zawartością debiutu. Sly źródło: http://www.psychozine.eu Jeśli szukacie czegoś w sam raz na ostrą imprezę albo
odpoczynek od różnych progresywnych czy też innych awangardowych muzycznych
tworów to dobrze trafiliście. Macie jeszcze więcej szczęścia jeśli lubicie
łączenie hardcore'a z thrash metalem. Z zaznaczeniem, że nie chodzi tutaj o tzw.
"metalcore". źródło: http://metal.pl Kolejny zespół poruszający się w stylistyce hardcore/thrash, który przypadł mi do gustu. Tego typu granie idealnie sprawdza się w chwilach, gdy nie mam ochoty zagłębiać się w toń zakręconych, spiętrzonych dźwięków, szokująco pogiętych aranżacji. Daleki jestem od uznania twórczości Self-Made Bomb za płytką i mało treściwą. Absolutnie nie, "Give Me Chance" sprawia sporo satysfakcji za sprawą swojej organicznej natury, bezpretensjonalności i potężnych zasobów energii uwalnianych hurtowo. Self-Made Bomb nie dozuje napięcia, nie pozoruje i nie kamufluje. Gra toczy się w otwarte karty, w szybkim tempie, przy akompaniamencie równie szybko eksploatowanych gitar, punkowej perkusji, wykrzyczanych kolektywnie tekstów. Ozdobą tego intensywnego materiału są często spotykane gitarowe sola oraz zawieszenia tempa, podczas których szczególnie silnie dochodzi do głosu hardore'owa natura "Give Me Chance". Płyta bardzo "koncertowa", wyzwalająca dobre samopoczucie i sporo pozytywnej energii pomimo absolutnie nie sielankowej natury. Robert Jurkiewicz źródło: http://masterful-magazine.com Cholera, co mogę powiedzieć? Takich debiutantów życzyłbym Wam i sobie tylko więcej! Dla mnie SELF-MADE BOMB wyskoczył dosłownie jak Filip z konopi, a „Give Me Chance”, czyli debiutancki krążek kwartetu z „dystryktu łódzkiego”, niesamowicie z kolei mnie zaskoczył. Niby nie ma tu niczego szczególnie odkrywczego czy nowego, to jednak autorzy tej płytki, nie będą zmuszeni mimo wszystko wkupiać się w konkretny sposób w łaski potencjalnego słuchacza. Tego krążka po prostu się słucha i chce się słuchać, a to już jest zaletą samą w sobie. Przede wszystkim, „Give Me Chance” to niesamowita spójność materiału. Tu nie ma tak, że jeden utwór jest porażająco gorszy od drugiego, i raptem z całości idzie wyłapać dwa, góra trzy „hiciory”. 11 numerów tutaj proponowanych, to cholernie równy stuff, i pojawia się dylemat: bo albo chłopy miały farta i tak im się to złożyło, że wyszło to co wyszło, albo autentycznie inteligentne z nich bestie i kompozytory nie byle jakie. Jeżeli to drugie, to przyszłość zespołu względem kolejnych nagrań, rysuje się w całkiem korzystnym dla nich świetle. SELF-MADE BOMB serwuje nam mocno energetyczny materiał, stuff który wewnątrz wręcz żyje, wypluwający z siebie mega intensywność w takt dźwięków nie idących na układy co w linii prostej, daje nam materiał bez kompromisów, konkretny, w pewien sposób czytelny ale przemawiający w sposób dobitny. Wszystko to podane w stylu, który sam band określa jako krzyżówkę hardcore'a i nowoczesnego metal, choć ja uważam to za określenie mało trafne jeżeli wziąć pod uwagę drugą część ich niby składnika (nowoczesny metal). Ja tu słyszę sporo thrash'u, punkowej prostoty i zadziorność, a dopiero potem hardcore'ową bezpośredniość. Ale przecież, zdań na ten temat może być tyle, ilu słuchaczy. Przeszkadzać może w tym wszystkim jedynie nie najlepsze brzmienie, o jakość którego warto powalczyć w przyszłości, i nie w sposób rażący, ale delikatnie schowany do tyłu wokal notabene który robi na tym krążku kawał solidnej roboty. Dominacja generalnie szybkich temp ale przy jednoczesnym ich łamaniu, dobrze pracujące wiosełka, może miejscami mało skomplikowana, ale solidna perka no i wokal, który wściekle szaleje. „Give Me Chance” to zdecydowanie album koncertowy, kopiący i gryzący a do tego swoją energią stawia na nogi nawet najbardziej zatwardziałego leniwca. Jak dla mnie jest bardzo dobrze i szczerze polecam! Skowron źródło: http://www.borntodie.elbi.pl To jest jedna z tych załóg, których nie ima się moda na metal-core'a, a mimo to grają szybką, motoryczną i powiązaną w jakiś tam sposób z hard-core'm muzę. Powstały w 2004 roku w Łasku band wycina kawał prostolinijnego, pędzącego do przodu thrash-core'a. Tak, kiedyś mówiło się tak o bezlitosnej, łamiącej karki mieszance thrash'owych riffów i energii rodem z HC, a nawet punka. SELF-MADE BOMB nieźle udało się odczytać muzyczne intencje umieszczone na płytach M.O.D., D.R.I., SUICIDAL TENDENCIES, a nawet ANTHRAX. Bez obciążenia bagażem przeszłości rypią aż miło. Kawałki są krótkie, konkretne, z tak zwanym "wygarem". Czwórka muzyków nie bawi się w techniczne zawijasy i wymyślne figury rytmiczno-melodyczne, po prostu opierając swoją muzę na mocy i czytelnych gitarowych motywach. Oczywiście przez cały czas trwania tej płyty nie grają tak samo - czasem nieznacznie zwalniają i dorzucają trochę solówek, dzięki czemu utwory takie, jak "Until I Fall Down" mają lekki posmak MOTORHEAD, SODOM (podobna barwa głosu wokalistów), późnej KONKHRY czy ENTOMBED. Chwilami z kolei skręcają nieco bardziej w rytmikę i estetykę HC ze skandowanymi wersami tekstów i charakterystycznym biciem w werbel. Tu i ówdzie dopatrzyłem się pewnych podobieństw do niektórych kawałków ACID DRINKERS i - już bardziej - do FLAPJACK. Jeśli kojarzycie te wszystkie kapele, to złóżcie je sobie do tak zwanej kupy i macie SELF-MADE BOMB jako żywe. Aha, na koniec nagrali swoją wersję znanego w kręgach hc/punk polskiego bandu THE CORPSE - "Terror". Tu nareszcie mamy trochę polskiego słownictwa, bo pozostałe numery - jak się domyślacie - mają anglojęzyczne teksty. A tak podsumowując - słucha się tego dobrze, nośnik CD (nie żaden CDR) chodzi ładnie w odtwarzaczu i jest w sumie dobrze. I mam nadzieję, że w przyszłości będzie jeszcze lepiej. O ile grupa nadal pogrywa, bo płytka dotarła do mnie aż z Irlandii... Ech, takie to mamy czasy... Diovis źródło: http://www.mrocznastrefa.webh.pl Słysząc pierwszy riff płynący z głośników po odpaleniu „Give Me Chance” pomyślałem sobie, że będzie to jakaś konkretna jazda w klimatach Napalm Death… Minęło ledwie kilka sekund i moja przedwczesna ocena tego materiału została szybko zweryfikowana. Self Made Bomb gra bowiem konkretną jazdę, z tym, że nie grindową, lecz z pogranicza hard core’a i metalu. Muzyka zawarta na „Give Me Chance” jest agresywna, bezpośrednia i bardzo energetyczna . Chłopaki z Self Made Bomb nie przebierają w środkach, walą prostymi, ale chwytliwymi riffami prosto między oczy. Czuć tutaj sporo wpływów sceny amerykańskiej, i to zarówno tej hard core’owej, crossover, jak i thrash metalowej. Z pewnością takie nazwy jak Anthrax czy D.R.I. są znane członkom SMB nie od wczoraj. Z tego materiału aż wylewa się rebeliancki duch kapel przełomu lat 80 i 90. Ostre, nieustannie prące do przodu riffy co jakiś czas przecinane są fajnymi solówkami. Temu wszystkiemu wtóruje oczywiście kipiący złością wokal. Założę się, że ta wybuchowa mieszanka czyni niemałe spustoszenie na koncertach. Przy dźwiękach takiego „Dancing Puppets”, czy „Teach Me” moshing jest gwarantowany. Jedyne na co mógłbym ponarzekać w kontekście tego debiutu to troszkę słaby miks całości (przy bardzo dobrej produkcji ten materiał kopałby jeszcze bardziej) i wcale nie przemawiająca do mnie okładka. Są to jednak drobnostki, które jedynie w minimalnym stopniu mają wpływ na ocenę całości. Tak czy inaczej Self Made Bomb ma naprawdę niezły debiut za sobą, więc teraz pora wziąć się do roboty i potwierdzić swoją klasę kolejnym dobrym materiałem. Prezes źródło: http://www.metalrulez.pl
|